Sprawa: „Zwierzęta w Warszawie”
Miejsce zdarzenia: Muzeum Warszawy
Zatłoczona Warszawa, wakacje szkolne na półmetku, kanikuła w pełni, ludzie spacerujący po ulicach, odpoczywający w parkach i zwiedzający zabytki. A wreszcie Stare Miasto – jego rynek i kamienice. Gołębie przechadzające się po rozgrzanym bruku w poszukiwaniu okruszków chleba. Sprzedawcy lokalnych pamiątek i chłonący letnie wrażenia turyści. W taki sposób można opisać atmosferę dnia, w którym miałam poprowadzić kolejne śledztwo. Tym razem w towarzystwie swojego współpracownika Mru, który już od dawna szykował się na akcje specjalne, lecz – ze względu na wyjątkowy wymiar wcześniejszych spraw – nie był do nich dopuszczany. Do trzech razy sztuka! W końcu mógł wcielić w życie swoje sny o polowaniu na m… muzea, oczywiście! Zadanie było dla niego wprost wymarzone: trzeba było prześledzić sprawę zwierząt w Warszawie. Mru zacierał łapki z zadowolenia.

Zanim jednak weszliśmy do budynku muzealnego, Mru nerwowo spoglądał na parę gołębi drepczących po okolicy. Z wielkim trudem powstrzymałam go przed rzuceniem się na nie – nawet tylko dla rozrywki. O nie – ani nie chciałam, żeby bawił się, gdy mieliśmy pracować, ani tym bardziej nie mogłam pozwolić na to, by – rozdrażniony ich widokiem – schwytał jednego z nich na obiad. Prosiłam, wręcz błagałam go, by skupił się na zadaniu, które przecież miało być dla niego swoistym sprawdzianem. Mru zrozumiał, a w każdym razie sprawiał takie wrażenie. Toteż miałam nadzieję, że wszystkie niesprzyjające sytuacje nas ominęły.

Tymczasem gdy przekroczyliśmy próg jednej z kamienic należących do Muzeum, zewsząd zleciały się ptaki – jakby prześwietliły wcześniejsze myśli Mru… Otoczyły nas, wciąż otwierając dzioby, gruchając, kracząc i wydając inne odgłosy. Nad naszymi głowami ukazała się ciemnoszara chmura, a w zasadzie chmara gołębi wyglądających na wygłodniałe. Odwaga nagle opuściła Mru, który w akcie paniki z wrzaskiem pobiegł na ślepo przed siebie… Przebiegł przez kilka sal, nawet nie patrząc, co się w nich znajduje, aby tylko uciec jak najdalej z miejsca, w którym się znajdowaliśmy. Z niedowierzaniem patrzyłam na ten akt rozpaczy swojego współpracownika, z którym przecież przybyłam do muzeum, aby zbadać niniejszą sprawę. Przechodziłam przez kolejne sale w nadziei, że go odszukam. Wołałam go daremnie. Ani widu, ani słychu. Mru przepadł. W każdym razie tak mi się na początku wydawało. Przemierzałam więc następujące po sobie części ekspozycji sama, a miało być tym razem inaczej.

Po drodze widziałam zwierzęta pomagające człowiekowi w pracy (np. konie dorożkarskie/pociągowe, psy policyjne czy małże-kontrolerzy czystości wody), będące przedmiotem polowań i źródłem pokarmu i surowców, służące ludzkiej rozrywce (ogrody zoologiczne, wcześniej menażerie; wyścigi), nauce (pracownie preparatorskie, muzea historii naturalnej – gabinety zoologiczne), a wreszcie oddanych przyjaciół (znanych i nieznanych) ludzi – towarzyszy ich codzienności, współdzielących tę samą przestrzeń (współmieszkańcy, np. koty miejskie czy ptaki) i spędzający wspólnie (w większym lub mniejszym stopniu) czas życia. Czujące, wrażliwe (także na sztukę – tak jak szympansica Lucy), mające swój świat i własny sposób postrzegania rzeczywistości…

Kiedy tak pogrążałam się w refleksji nad rolą (a właściwie rolami) zwierząt w życiu człowieka i niezwykłymi więziami między nimi, usłyszałam głos współpracownika – Mru. Wyrażał on entuzjazm wywołany odkryciem kocich gwiazd warszawskiego środowiska artystycznego – głównie przedstawicieli małego ekranu (Pusina Kocinowicka), muzyki (Warsaw Cat Swingers) i modelingu (fotografia artystyczna; Kotylia „Kitty” Ogonecka)*. Zdecydowanie ma kota na punkcie sztuki – interesuje go każdy przejaw twórczości wszelakich stworzeń.
Nie chciałam już z nim drzeć kotów o to, że mnie opuścił w tak istotnym momencie śledztwa. Ważne, iż spadł na cztery łapy, odnalazłam go i mogliśmy kontynuować akcję razem. Mru zasygnalizował, że nie wszystkie postacie możemy zbadać – niektóre z nich są bowiem nieuchwytne i – mimo że żyją w pobliżu naszych domów, dokarmiane, wspomagane – pozostają niezależne. Biją w nich dzikie serca, trwają umysły nieskrępowane niepotrzebnym myśleniem. Liczy się tu i teraz! Łapią chwile. Ot i cała filozofia kociego szczęścia! Jednak czy to stwierdzenie Mru było wystarczające dla naszego śledztwa? Oczywiście mogłam popędzić mu kota – potrzebowaliśmy bowiem jak najwięcej informacji – lecz uznałam, że jak na pierwszą akcję i tak poradził sobie znakomicie. Pierwsze koty za płoty.

* Imiona i nazwiska kocich artystów oraz nazwa kociego zespołu muzycznego wymyślone przez autorkę na potrzeby tekstu.
Wystawa przygotowana starannie, pomysłowa, skłaniająca do refleksji, prezentująca interesujące eksponaty. Gratuluję jej Twórcom i zachęcam wszystkich do zwiedzenia tej ekspozycji.
„Zwierzęta w Warszawie. Tropem relacji”, Muzeum Warszawy, wystawa czasowa dostępna do 3 października 2021 r., kuratorzy wystawy: Lena Wicherkiewicz, Ewa Wieruch-Jankowska, Rafał Kosewski

Na wystawie podjęto również temat gołębi pocztowych i sposobu przekazywania przez nie informacji na odległość.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
😊 To prawda. 🕊 Na tej wystawie możemy podziwiać ciekawe przykłady artykułów z XIX-wiecznej prasy polskiej i francuskiej, poświęconych gołębiom pocztowym (Muzeum Poczty i Telekomunikacji we Wrocławiu), a nawet zegar gołębiarski z II poł. XX w. (Muzeum w Rybniku).
Poruszyłam w tekście temat gołębi, zresztą na wystawie obecny w kilku miejscach i kontekstach, ale ze względu na zestresowanego Mru nie chciałam go drążyć. Czy sądzą Państwo, że powinnam przesłuchać tych delikwentów albo prześledzić ich loty? 😉 Może to szpiedzy? 🕵️♀️
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Temat gołębi pocztowych jest nam doskonale znany z… filmu „Szeregowiec Dolot” 😁 Może następnym razem poczęstujesz Mru gołąbkami, faszerowanymi oczywiście 🥬 Nam się niestety nie udało po raz kolejny (chyba już 3) dotrzeć do tarasu widokowego, a tam powinien być najlepszy punkt obserwacyjny dla gołębiarzy 🕵️
PolubieniePolubione przez 1 osoba